środa, 31 grudnia 2008
sylwestra spędzam na blogu.

ostatniej nocy roku 2008 śniło mi się, że uratowałam świat.
dowodziłam armią dwumetrowych, dmuchanych kukieł.
a wszystko było pokryte rastrem.

a teraz pozostaje już tylko czekać na napisy końcowe.
i zapowiedź następnego odcinka.

oby dla nas wszystkich zakończył się happy-endem.
:*

 

sobota, 27 grudnia 2008
moja dusza się nie rusza.
a jeszcze jakiś czas temu boleśnie nogą wierzgała, kopała w łokieć i wsadzała palec pod żebro.
a teraz - w (bez)sen(sow)ność zimowo-życiową zapadła.

tak więc - pozostały mi jeno desperackie poszukiwania alternatywy, dla niechybnego początku nowego roku, determinującego postanowienia i obligującego do zmian.
niechaj alternatywą ową poniedziałek się stanie.
pięć minut po pólnocy melisą, spod oczu wypłuczę gorycz.
nadkwasotę emocjonalną, w kącikach ust się kryjącą, czekoladą zatuszuję.
i będę pełna naiwnego spojrzenia misia koala.

tymczasem przegryzam niesmak religijnym mjuzikalem..

wielkie nieba, cóż to za bełkot?
wtorek, 23 grudnia 2008
może i mam endorfiny urojone.

ale w czym one są gorsze od tych w czekoledzie ukrytych?

czuję święta, ale dopiero widząc moje dłonie, czerwone od buraków i pachnące cebulą.
dłonie mojej prarabaci.

i znowu pozytywna enegria nie pozwala mi zasnąć, ani oprzeć się wrażeniu, że będzie dobrze.
kiedyś.

jutro na pewno - na wigilijnym wieczorze z m., d. i g.
ktoś chętny, coby się przyłączyć?

ps:
a żeby te święta nie były za słodkie to:

 
a jakby ktoś pytał to to - to.
reminescencja sprzed lat dziesięciu.
 
poniedziałek, 22 grudnia 2008
najdłuższa noc w roku.

albo imię jej dwa i cztery.

jesteście lepsi niż bułka z masłem.

 

czwartek, 18 grudnia 2008
jak trwoga, to do bloga:)

rok temu, o tej porze, topiłam całe zło tego świata w kubku melisy.
i było okropnie.

ale już nie jest.

bo wczoraj ktoś mnie zapytał, czy jestem nieszczęśliwa.
po zastanawionieniu odpowiedziałam, że nie.
nie bycie nieszczęsliwą to chyba połowa drogi do szczęścia?

ktoś inny zapytał, czy nie mam jakiegos kryptozajoba słowotwórczego.
odpowiedziałam, że mam.
ale już się postaram go unicestwić.

bo restart zaczyna się od głowy.
może przyda się defragmentacja i inne bajery.
i może, w międzyczasie przydałoby mi się dokonać defragmentacji otoczenia najbliższego?



jest dobrze, do kroćset!

 

sobota, 13 grudnia 2008
tania młodzież.

przetaczając się przez plac inwalidów robi wrażenie zszokowanej brzmieniem własnego głosu.
i problemy ma poważne - z okiełznaniem, nagle zmienionej, długości swoich kończyn.
a potem - układa się, pod sceną żaczka, jak tetris.

a ja - za dziesięć dni znowu będę miała do niej dalej niż bliżej.
tymczasem mam kolejne kliniczne objawy dorosłości.
chyba, że to tylko instynkt samozachowawczy, dyskretnie mi zasugerował, żeby nie wkładać drugiej ręki do wrzątku, kiedy ta pierwsza jeszcze się nie zagoiła.

gdybym była mężczyzną - miałabym wąsy.

ps: muzyczna interluda cudna:)

płyny - s-ex
niedziela, 07 grudnia 2008
gg prawdę ci powie.

DRAMAT W JEDNYM AKCIE, ALE TRZECH SCENACH *

BOHATEROWIE:
c, ag, s & f

akt I
scena 1


c (20:57)
moja koleżanka rozstała się ze swoim narzeczonym.
poszła sprzedać pierścionek i się okazało, że jest wart 15zł.
ag (20:59)
to lepiej mieć na palcu pierscionek i nie znac ceny, ale znać przyszłość, czy nie znać przyszłości ale znać cenę pierscionka?

scena 2

s (20:04)
pierścień saturna to to pewnie nie był.
s (21:04)
niby cena nie ma znaczenia, ale jeżeli przyszłość będzie podobną tanią bazarową błyskotką, to może lepiej nie nosić żadnej biżuterii.

scena 3

c (21:09)
tysiąc pięćset to jeszcze przyzwoita cena, bo jak zerwie zaręczyny - to przynajmniej zrobisz dobre zakupy.
ag (21:09)
to ja bym za tyle wolała na wycieczkę jechać, a pierścionek może być za trzysta pięćdziesiąt.
c (21:10)
no nie wiem... wtedy to tylko se pójdziesz do h&m.

epilog:

f (21:36)
mając pierścionek, znając cenę - i tak nie zna się przyszłości.

 

* gdzie autor przez scenę - okienko gg rozumie.

słowo od redaktora:
powyższy tekst jest jedynie konstrukcją, zbudowaną na bazie tekstów żródłowych, z archiwum gg owego redaktora zaczerpniętych.
wszelka zbieżność nieprzypadkowa.

 

sobota, 06 grudnia 2008
ostatni taki szósty.

ostatni tu szósty.
następny będzie już tu.
chyba że tam.

nie pamiętam wszystkich dwudziestu trzech wigilii, dwudziestu trzech urodzin i dwudziestu trzech sylwestrów.
ale pamiętam wszystkie noce z piątego na szósty.
pamiętam z kim się kłóciłam, co było w telewizji i co jadłam na kolację.
i gdzie mnie mędrzec brodaty zastał.

i tak naprawdę nic się nie zmieniło.
bo znowu, gdy w radiu usłyszałam to - ścisnęło mnie w gardle na myśl o tamtej feralnej imprezie w 1995.

i jakoś tam mnie dziś naszło, żeby jednak wrócić tam.

i niech ktoś zgasi to światło za oknem, bo wcale mi nie pomaga - kiedy tą infekcję już chyba zwalczyłam, a usprawiedliwienie dotyczące ograniczenia moich kontaktów ze światem straciło na ważności.

 

piątek, 05 grudnia 2008
jaśnie przeziębłość.
j.b. (3-12-2008 13:24)
czy to znaczy, że jesteś jeszcze bardziej pociagająca niż zwykle?
ag (3-12-2008 13:25)
nosem na pewno.

i są takie rzeczy, o których owszem - śniło się filozofom.
ale na tym się skończyło.
a ja te wszystkie rzeczy w czyn wprowadzę.
bo nikt tego nie zrobi za mnie.

i są takie rzeczy, o których śniło się mi.
że wyszedłeś z inną, a ja cudną ulgę poczułam.
a potem się obudziłam.

a juz za sześć dni tych ślicznych panów będzie kontemplować oko me i ucho lajf.

z ostatniej chwili:
pierwszy piksel poszedł na "kup teraz", w niespełna dziesięć minut od pojawienia się oferty owej na alle ag ro.
:)

 

poniedziałek, 01 grudnia 2008
zima wystawiła mnie na pastwę słońca.

podczas, kiedy już prawie się zakochałam.
kiedy już udało mi się heroicznym wysiłkiem przezwyciężyć jej oziębłość,
kiedy już uszy moje popieściło premierowe skrzypnięcie śniegu pod obcasem,
kiedy nos zaświecił mi na czerwono
i wystroiłam się specjalnie dla niej w nowe, zimowe piórka.

wystawiła mnie do wiatru, który magiczność tego poniedziałkowego poranku spotęgował.
jakaś pani, w tramwaju, taszczy dwumetrową, sztuczną choinkę, w niebiańsko-niebieską folię spakowaną.
jakas pani, pod bunkrem, płacze w słuchawkę i ociera łzy turkusowym szalikiem.
jakiś pan, na rondzie bareji, zderzył się z drugim panem.

jakaś dziewczyna popija grzanym winem bluszcz, w spokoju.
o, przepraszam, to ja.

tak, żyję pełnią księżyca.
chwytam cień.
i nie wchodzę dwa razy w tą samą kupę.

natomiast oficjalnie witam cebulową królową spowrotem w galicji.
powitanie nieoficjalne za godzin parę:)

ps: i jeszcze tylko się pochwalę, że nanh, za sprawą tego - podbija śródmieście:)



i w ogóle to już będzie dobrze.
obiecuję.

statystyka