piątek, 28 listopada 2008
trzy błędy główne.

że to ON Cię fascynuje?

a może to raczej Twoje odbicie w jego tęczówce?
co znika, wraz z chwilą, kiedy jego wzrok wędruje za zgoła innym obiektem.
razem z odbiciem znikasz i Ty.
ale tylko do chwili, kiedy natrafisz na jakąś inną lustrzana powierzchnię, w oczodołach osadzoną.
i znowu się będziesz mogła przejrzeć.

i że JEGO esemesy, to znaczenie mają jakieś niebotyczne?

a to tylko zarchiwizowany, w pamięci telefonu, binarny dowód na to, że jesteś.
chwilę później, narzędziem Twego unicestwienia okazuje się opcja usuń wszystkie.
usuń wszystkie dowody na to, że istniałaś dla kogoś przez chwilę, równą tej, jaką wprawny użytkownik telefonu potrzebuje do zwerbalizowania swoich myśli w stu sześdziesięciu znakach.
razem z dowodami znikasz i Ty.
ale pojawisz się znowu, jak tylko nadarzy się jakiś nowy nadwaca.

i jeszcze ten JEGO dotyk, co tak na Ciebie działa?

jesteś pewna, że to przyspieszone tętno ma cokolwiek wspólnego z sercem, a nie raczej - z układem synaps, które właśnie poinformowały Cię, że nie jesteś jednak pokryta hitynowym pancerzykiem?
ale jeszcze w niego obrośniesz, jak tylko on zaniecha pielęgnacji.
a potem zjawi się jakiś miłośnik skorupiaków.


a mnie boli ząb.
tak też czuję, że żyję.

 

suplement:

Drogi Czytelniku, spragniony ascezy, matematycznej systematyzacji i tym podobnych cech, jakie na owym blogu dominują - wybacz! Tym razem nie wyszło. Popłynęłam z prądem szamba emocjonalnego i rozlazło się całe to robactwo, które zawsze staram się precyzyjnie poukładać w tabelce.

Tak więc, Drogi Czytelniku, mam nadzieję, że mimo zawodu, jaki niewatpliwie odczujesz, przebrnąwszy, z niemałym zapewne wysiłkiem, przez tekst powyższy, wrócisz tu jeszcze kiedyś i dasz autorce szansę rehabilitacji twórczej, mimo fermentu, jaki zapewne po wsze czasy pozostanie na dnie Twej duszy, w wyniku wybitnego badziewia literackiego, jakie zaryzykowałam umieścić tu dziś.

Ukłony.

sobota, 22 listopada 2008
ciągle.

marnotrawisz,
nie gasząc po sobie światła.

oziębiasz,
nie zamykając za sobą drzwi.

psujesz,
nie zakręcając po sobie słoika.

mógłbyś w końcu powiedzieć żegnaj,
zamiast tego cholernego do zobaczenia?

 

a tydzień temu tak ślicznie było:

14 - Maria Peszek - Muchomory

piątek, 07 listopada 2008
korporacja mi się marzy.

żebym już mogła, o szóstej z minutami, budzić się na osiedlu strusia.
w pustostanie dwuosobowego łóżka, z którego nie będę się musiała nikomu tłumaczyć.

a jak już dopieszczę wrzody poranną kawą - wypełnię sobie grafik interakcjami wymuszonymi.
a potem skonwertuję owe relacje - na zera na koncie.

żebym mogła, po ośmiu godzinach, spokojnie wrócić na osiedle strusia.

i nie mieć czasu na seks.
nie mieć czasu na kęs.
nie mieć czasu na sens.

bo tak bardzo nie chcę już mieć.

póki co mam sny prorocze, spełniające się z dokładnością do trzech tygodni,
i kota z problemami emocjonalnymi

i tyram na te zera nieszczęsne.

 

wtorek, 04 listopada 2008
nie jestem z tego serialu.

zamiast pląsać, z rozwianym złocistym warkoczem, w porannej rosie - wdepnęłam w poranną kupę kota.

a tak poza tym - uświadomiłam sobie, że już nikt nigdy mnie nie poderwie na:
wiesz, mam w domu fajne płyty.
bo mam last'a.

a na nim nowy soundtrack do mej marnej egzystencji:


i jeszcze przypominam, że 14. listopada wydarzenie niecodzienne i wybitne się odbędzie.
szczegóły tu.

 

statystyka